Czy właściciel firmy może wyłączyć telefon na tydzień?
Piszę z Mazur, z pomostu, z telefonem w kieszeni. Włączonym. Obiecałem Beacie, że tym razem wyłączę go na cały tydzień. Wytrzymałem dwa dni. Ale te dwa dni nauczyły mnie więcej niż dziewięć lat prowadzenia firmy.
Pierwszy prawdziwy urlop, bez telefonu, miałem w 2016 roku, jeszcze jako kierowca. Od kiedy prowadzę firmę, nie miałem ani jednego. Wyjazdy były, ale z telefonem przy uchu. Beata w końcu powiedziała dość. W tym roku wynajęła domek nad jeziorem na Mazurach na tydzień i postawiła warunek: telefon zostaje w szufladzie.
Dziś jest niedziela, siódmy dzień. Telefon mam w kieszeni. Ale zanim tu wylądował, przeleżał dwa dni w szufladzie, a potem jeszcze trzy dni był wyłączony przez większą część doby. Jak na mnie, to rewolucja.
Przygotowania zaczęły się w czerwcu
Wyjazd właściciela małej firmy to nie jest spakowanie walizki. To przekazanie wszystkiego, co zwykle trzymasz w głowie, komuś, kto będzie to robił za ciebie. U mnie to był Wojtek z Heńkiem, a Beata na odległość, z laptopem, bo faktury nie czekają.
Przez trzy tygodnie przed wyjazdem Wojtek siedział ze mną rano przy giełdzie. Patrzył, jak wybieram zlecenia, słuchał, jak rozmawiam z klientami, notował. O tym, jak wybieram ładunki, pisałem w maju przy giełdzie o szóstej rano. Wojtek przeczytał ten wpis dwa razy. Powiedział, że to jego instrukcja obsługi ojca.
Zrobiliśmy też kartkę na ścianie w kontenerze:
- Kto do kogo dzwoni. Kierowcy do Wojtka w sprawie tras i ładunków. Do Heńka w sprawie aut. Do Beaty w sprawie papierów i pieniędzy.
- Stali klienci z numerami i krótką notatką, czego zwykle chcą i czego nie lubią.
- Kiedy dzwonić do mnie: wypadek, poważna awaria na trasie, problem z klientem, którego Wojtek nie jest w stanie załatwić, kontrola, na której coś poszło nie tak. Wszystko inne ma załatwić sam.
- Limit. Wojtek może przyjąć zlecenie do określonej kwoty i od sprawdzonych klientów. Powyżej, albo od nowych, pyta.
Grafik urlopów kierowców, o którym pisałem przy spinaniu lata, ułożyłem tak, żeby w tym tygodniu nikt nie był na urlopie. Mniej zmiennych dla Wojtka.
Dzień pierwszy i drugi
Pierwszy dzień był najgorszy. Siedziałem na pomoście i myślałem, co się dzieje na placu. Czy Zbyszek dojechał pod Hamburg. Czy Jarek odebrał ładunek w Pradze. Czy klient od mebli nie dzwonił z czymś pilnym. Beata czytała książkę, a ja co pięć minut patrzyłem w stronę domku, gdzie w szufladzie leżał telefon.
Drugiego dnia było trochę lepiej. Pojechaliśmy rowerami dookoła jeziora. Zjadłem rybę w smażalni, która wyglądała, jakby się nie zmieniła od lat osiemdziesiątych. Wieczorem posiedzieliśmy z Beatą na tarasie, pierwszy raz od dawna nie rozmawiając o firmie. Rozmawialiśmy o Gosi, o działce, o tym, że dom by trzeba odmalować. O zwykłych rzeczach.
Trzeciego dnia rano wyjąłem telefon. Nie wytrzymałem. Było w nim czternaście nieodebranych połączeń i kilkadziesiąt wiadomości. Przejrzałem wszystko. Żadna sprawa nie wymagała mnie. Wszystko Wojtek załatwił albo przekazał dalej. Jedna wiadomość była od Heńka: „Panie szefie, niech pan odpoczywa, wszystko jeździ”.
Co się okazało
Firma bez mnie nie stanęła. Wiedziałem to w teorii, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć czternaście połączeń, na które nikt nie odpowiedział, i żadne z nich nie skończyło się katastrofą.
Wojtek zrobił dwa błędy. Przyjął jedno zlecenie za stawkę, którą ja bym odrzucił, i nie sprawdził, że rozładunek jest w miejscu, z którego trudno wziąć coś powrotnego. Auto postało pół dnia dłużej. To nie jest katastrofa, to jest nauka. Sam zrobiłem takich błędów setki.
Drugim błędem było to, że nie zadzwonił, kiedy powinien. Zbyszek na trasie złapał gumę i stracił kilka godzin na wezwanie serwisu. Wojtek to załatwił, ale nie powiedział mi, bo nie chciał przeszkadzać. Tu bym wolał wiedzieć. Nie po to, żeby coś zrobić, bo nic bym nie zrobił z Mazur, ale żeby wiedzieć. Ustaliliśmy, że następnym razem wyśle chociaż wiadomość.
Kompromis
Od czwartego dnia miałem zasadę: telefon włączam dwa razy dziennie. Rano o ósmej i wieczorem o osiemnastej, na pół godziny. Przeglądam wiadomości, oddzwaniam, jeśli trzeba, i wyłączam. Poza tym leży w szufladzie. Wojtek wiedział, że jeśli coś jest naprawdę pilne, może zadzwonić do Beaty, której telefon był włączony.
Nikt nie zadzwonił do Beaty. Ani razu przez pięć dni.
Firma pracowała, a ja nie
Przez dziewięć lat myślałem, że jestem w firmie niezbędny. Jestem, ale nie w tym sensie, jak myślałem. Jestem potrzebny do decyzji, do ustalania kierunku, do rozmów z dużymi klientami. Nie jestem potrzebny do tego, żeby odbierać każdy telefon od kierowcy, który pyta o adres rozładunku.
Wojtek potrafi więcej, niż mu na to pozwalałem. Heniek zawsze potrafił. Beata od lat trzyma pieniądze. Jeśli ja się nie odsunę, oni nie będą mieli miejsca, żeby pokazać, co potrafią.
Pisałem w maju, że na działce pod Oleśnicą telefon leży w altance i to już jest dla mnie wyczyn. Tutaj zrobiłem krok dalej. Nie cały tydzień, ale pięć dni, w których firma pracowała, a ja nie.
Wracamy jutro
Jutro rano pakujemy się i wracamy do Oleśnicy. We wtorek o szóstej będę przy giełdzie, jak zawsze. Ale obiecałem sobie, że przez pierwszy tydzień po powrocie Wojtek będzie siedział obok i to on będzie klikał. Ja będę patrzył. I będę się starał nic nie mówić.
Beata słyszała, jak to mówię. Uśmiechnęła się i nic nie powiedziała. Chyba na tym polega prawie trzydzieści lat małżeństwa.
