Syn zdał C+E, a ja pierwszy raz jechałem obok
Obiecałem w maju, że pierwszy kurs po egzaminie zrobimy razem: Wojtek za kierownicą, ja obok. W środę wyjechaliśmy z placu o piątej rano. Wróciliśmy w piątek. Przez trzy dni nauczyłem się więcej o sobie niż o nim.
Wojtek zdał egzamin na C+E za pierwszym podejściem, na początku września. Na placu manewrowym cofnął naczepę bez poprawek, w ruchu miejskim nie popełnił błędu. Kiedy wyszedł z WORD-u, zadzwonił najpierw do Beaty, potem do mnie. Kolejność mnie nie zdziwiła. Beata płakała. Ja nie, ale musiałem na chwilę wyjść z kontenera.
W maju, pisząc o tym, ile kosztuje kurs C+E i czy to się firmie opłaca, obiecałem mu, że pierwszy kurs po egzaminie zrobimy razem. On za kierownicą, ja na fotelu pasażera. Napisałem wtedy, że boję się nie o niego, tylko o siebie. Czy wytrzymam i nie będę komentował każdego hamowania. Teraz mogę odpowiedzieć.
Wybór trasy
Nie chciałem na pierwszy raz niczego skomplikowanego. Nie Alpy, nie Paryż, nie port w Antwerpii. Wybrałem zlecenie od stałego klienta od mebli: załadunek u nich w Oleśnicy, rozładunek pod Lipskiem, a z powrotem ładunek z okolic Drezna do Wrocławia, od firmy, z którą jeździmy od lat. Trzy dni, znane drogi, znane rampy.
Auto: trójka, na której zwykle jeździ Łukasz. Łukasz miał w tym tygodniu wolne. Zostawił kabinę wysprzątaną i kartkę na fotelu: „Wojtek, lusterko prawe trzeba dociągnąć rano. Powodzenia”. Wojtek schował kartkę do teczki.
Dzień pierwszy: wyjazd
O piątej rano plac był jeszcze ciemny. Wojtek obszedł auto dookoła, dokładnie tak, jak Heniek mu pokazywał przez całe lato. Światła, opony, połączenia z naczepą, firanki, pasy. Trwało to dłużej, niż ja bym to zrobił. Nie powiedziałem nic. Sprawdził też ciśnienie, na zimnych oponach, tak jak pisałem wiosną. Byłem dumny i trochę mi było głupio, że to mnie cieszy bardziej niż niejedna wygrana stawka na giełdzie.
Przez wieś obok szkoły przejechał wolno. Było przed siódmą, więc pusto. Na S8 wjechał płynnie. Pierwsze sto kilometrów prawie się nie odzywaliśmy. On się skupiał, ja się pilnowałem.
Pierwszy raz odezwałem się pod Legnicą. Nie o jeździe. Zapytałem, czy chce kawy z termosu. Beata zrobiła nam dwa, jak dawniej robiła mnie na cały tydzień. Z cytryną i imbirem.
Pierwszy komentarz
Wytrzymałem do granicy. Za Zgorzelcem Wojtek zjechał na prawy pas trochę za blisko osobówki, którą wyprzedzał. Nic się nie stało, dystans był, ale mały. Powiedziałem: „Następnym razem poczekaj, aż zobaczysz ją całą w prawym lusterku”. Wojtek kiwnął głową. Po chwili powiedział: „Wiem, tato. Widziałem, że za blisko”.
To było ważne. Nie to, co ja powiedziałem, tylko to, że on to widział sam. Przez następne dwa dni odezwałem się na temat jazdy może pięć razy. Za każdym razem wcześniej on już wiedział.
Rampa pod Lipskiem
Najbardziej bałem się rampy. Magazyn pod Lipskiem ma ciasny plac, a wjazd pod rampę jest pod kątem, bo obok stoi kontener. Jeździłem tam sam kilkanaście razy i za każdym razem trzeba było się napocić.
Wojtek podjechał, wysiadł, obejrzał plac, wrócił do kabiny. Cofał trzy razy. Za pierwszym razem naczepa weszła za daleko w lewo, za drugim za bardzo w prawo. Za trzecim weszła prosto. Magazynier, starszy Niemiec, który zna nasze auta od lat, stał przy rampie z rękami w kieszeniach. Kiedy Wojtek wysiadł, powiedział do mnie: „Neuer Fahrer?”. Powiedziałem, że syn. Pokiwał głową i powiedział coś, czego nie zrozumiałem, ale z tonu wyglądało na pochwałę. Wojtek twierdzi, że powiedział „lepiej niż ojciec”. Nie sądzę. Ale nie sprawdzałem.
Noc na parkingu
Pierwszą noc spędziliśmy na parkingu pod Dreznem. Wojtek na dolnej koi, ja na górnej. Kiedy zaczynałem jeździć, nie przyszłoby mi do głowy, że będę spał w kabinie z synem. Dwadzieścia lat temu spałem w takiej kabinie sam, pod Bremą, jedząc jajko z automatu w Wielkanoc.
Rozmawialiśmy długo. O firmie, o tym, co dalej. Wojtek zapytał, czy mam do niego żal, że rzucił studia. Powiedziałem, że nie. Zapytał, czy chcę, żeby kiedyś przejął firmę. Powiedziałem, że chcę, żeby robił to, co chce. Jeśli to będzie firma, to dobrze. Jeśli nie, też dobrze. Nie wiem, czy mi uwierzył. Ja sam nie wiem, czy mówiłem całą prawdę.
Potem zasnął. Ja jeszcze długo słuchałem, jak na parkingu pracują agregaty chłodni i jak ktoś przez pół nocy trzaska drzwiami kabiny. Tak jak kiedyś.
Dzień drugi i trzeci
Załadunek pod Dreznem poszedł gładko. Powrót do Wrocławia, rozładunek, powrót na plac w piątek po południu. Wojtek zaparkował zestaw na jego miejscu, na szutrze za halą namiotową, która do października jeszcze stoi. Wysiadł, obszedł auto, sprawdził koła. Przyłożył rękę do każdego, jak Heniek.
Heniek czekał przy hali. Zapytał tylko: „No i jak?”. Wojtek powiedział: „Dobrze”. Heniek popatrzył na mnie. Powiedziałem: „Dobrze”. Heniek pokiwał głową i poszedł do hali, i myślę, że się uśmiechał, ale stał tyłem.
Siedzieć obok i nic nie mówić
Wojtek jeździ dobrze. Nie idealnie, bo nikt nie jeździ idealnie po trzech tygodniach z prawem jazdy. Ale uważnie, spokojnie, z głową. Lepiej niż ja jeździłem w jego wieku, kiedy wydawało mi się, że wszystko wiem.
Ja nauczyłem się, że siedzieć obok i milczeć to trudniejsza robota niż prowadzić. Przez piętnaście lat za kierownicą i dziewięć lat prowadzenia firmy nie nauczyłem się tak ważnej rzeczy jak przez te trzy dni: że kiedy ktoś robi coś dobrze, nie trzeba mu tego mówić co pięć minut. Wystarczy go nie poprawiać.
Pisałem przy wrześniu na drogach, że kto nauczy się jeździć we wrześniu pod Oleśnicą, da sobie radę wszędzie. Od poniedziałku Wojtek jeździ z Jarkiem, po Czechach, tak jak Jarek obiecywał wiosną. Potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, sam.
Beata zapytała mnie w piątek wieczorem, jak było. Powiedziałem, że dobrze. Zapytała, czy komentowałem. Powiedziałem, że pięć razy. Roześmiała się i powiedziała, że nie wierzy. Wojtek z drugiego pokoju zawołał, że sześć. Ma rację. Zapomniałem o kawie pod Legnicą.
